Centralizacja UE? Andrzej Halicki: Jest odwrotnie - Hor1zon

Czy tego chcemy, czy nie, w wielu kwestiach centrum decyzyjne przenosi się z Warszawy do Brukseli. Dyskusja o tym, jaka przyszłość czeka Unię Europejską, staje się elementem rozmów przy rodzinnych stołach. Coraz więcej Polaków rozmawia o polexicie, inni są ostrożniejsi, ale przyznają, że Komisja Europejska powiększa pozatraktatowo swoją władzę. Nie brakuje również zwolenników ściślejszej integracji, choć zdystansowanych wobec idei powstania europejskiego superpaństwa. Wzorem starożytnych postanowiłem sięgnąć „ad fontes” – do źródeł i przedyskutować te kwestie z Andrzejem Halickim.
Spotykamy się w hotelu Sheraton. Ja zamawiam flat white – mój rozmówca dzbanek herbaty. Wymieniamy pierwsze uprzejmości, prowadzimy small talk, ale nie daję Halickiemu czasu na rozgrzewkę. Zaczynamy od kluczowego tematu. Czy Polacy w Brukseli „kiszą się we własnym sosie”?
Polacy w brukselskiej bańce
„Nie, Polacy raczej nie zamykają się wyłącznie we własnym gronie. Osoby, które chcą aktywnie działać i osiągać konkretne cele, na przykład w obszarze zdrowia, energetyki, budżetu, mieszkalnictwa czy transportu, muszą współpracować z przedstawicielami innych krajów. W komisjach zwykle pracuje tylko jedna lub dwie osoby z Polski, a pozostali członkowie pochodzą z zagranicy” – mówi mój rozmówca.
W pierwszym odruchu myślę, że to będzie ciekawa rozmowa. Podskórnie wyczuwam, że Halicki może być w kontrze do wielu utartych opinii o UE.
Pytam mojego rozmówcę, czy nie przeszkadza mu, że polskich instytucji walczących o nasze postulaty jest w Brukseli nadal tak mało. Spodziewał się tego pytania. Bierze łyk herbaty i spokojnie tłumaczy.
„Kraje tzw. starej Unii mają pod tym względem większe doświadczenie i znacznie więcej kontaktów. W Brukseli działa wiele ich przedstawicielstw branżowych, krajowych i regionalnych. Polska ma mniej takich aktywnych organizacji i mniej osób pracujących tam na stałe. Istnieje jednak polskie przedstawicielstwo, które od kilku lat jest coraz lepiej zorganizowane. Własne biura mają też niektóre duże polskie firmy, na przykład PGE”. Po chwili dodaje, że Polska ma też inny atut w Brukseli.
„Polska jest w centrum zainteresowania. Przyjeżdża do nas bardzo dużo parlamentarzystów, którzy chcą zobaczyć na miejscu, jak wygląda polska transformacja, ale nie tylko. Dzisiaj bezpieczeństwo jest tematem numer jeden. Było u nas kilka delegacji na granicy, żeby zobaczyć jak wygląda sytuacja wtedy, kiedy mieliśmy ten największy napór hybrydowy ze strony Białorusi”.
Postanawiam zarysować ten miły obrazek. Pytam, czy nie jesteśmy uważani w Europie za rusofobów. Rosja zrobiła wiele, by wtłoczyć takie przeświadczenie w głowy Niemców czy Francuzów.
„Myślę, że dzisiaj nikt w Europie Zachodniej już tak nie mówi. Raczej mówią, że Polacy mieli rację, gdy ostrzegali przed Rosją. Że mamy doświadczenie i wiemy lepiej w tych kwestiach. Korzystają z naszej wiedzy i rekomendacji. Nie byłoby dziś zmiany kursu w polityce zagranicznej krajów UE w wielu obszarach bez naszego wkładu. Naszą aktywność widać przede wszystkim w bezpieczeństwie, ale też w energetyce, czy takich obszarach także jak polityka migracyjna” – Halicki bierze łyk herbaty, a ja zadaję kolejne pytanie.
Czy w Parlamencie Europejskim są europosłowie z innych krajów, którzy wyspecjalizowali się w tematach Polski? Nasi ambasadorzy, nasi sympatycy?
„Jesteśmy lubiani i jesteśmy poważani, więc ja tu nie rozgraniczam kto nas lubi bardziej, a kto mniej. Myślę, że bardzo ważne jest to, żeby być słuchanym. I to się dzieje dość często. Przedstawiciele naszej delegacji bardzo często są liderami projektów, które po raz pierwszy wchodzą na agendę. Bartosz Arłukowicz był pierwszym przewodniczącym Komisji Zdrowia po kilkuletniej batalii, żeby zdrowie wprowadzić w ogóle do tematyki polityki wspólnotowej. Teraz jest to Adam Jarubas - znowu nasz przedstawiciel, więc można powiedzieć, że to taka „polska komisja”. Popatrzmy na energetykę. Jak był Buzek, to było wiadomo, że to lider opinii, a dzisiaj tę komisję prowadzi Borys Budka, więc jak gdyby pozostawiono ten polski wkład. Możemy mówić, że w budżecie też mamy swój duży udział”.
Nie daję za wygraną: sympatycy Polski wśród europosłów? Nazwiska? Po chwili odpuszczam, Halicki nie ma na to gotowej odpowiedzi.
Polska jest w centrum zainteresowania. Przyjeżdża do nas bardzo dużo parlamentarzystów, którzy chcą zobaczyć na miejscu, jak wygląda polska transformacja, ale nie tylko. Dzisiaj bezpieczeństwo jest tematem numer jeden.
Centralizacja UE
Postanawiam spytać o centralizację UE, pozatraktatowe poszerzenie kompetencji KE, pierwszy uwspólnotowiony dług czy mechanizm praworządności, który pozwala blokować transfery finansowe do niektórych państw członkowskich, które przecież są płatnikami składek do budżetu wspólnoty.
„Nie uważam, że Unia Europejska zmierza w stronę większej centralizacji. Raczej jest odwrotnie. Już podczas pandemii COVID-19 pojawił się nowy sposób działania, polegający na szybkim reagowaniu na kolejne kryzysy. Obecnie sytuacje kryzysowe pojawiają się bardzo często, dlatego Unia musi na nie odpowiadać na bieżąco. Stąd wrażenie >>>centralizacji<<<. Dawniej organizowano szczyty raz na jakiś czas i omawiano wcześniej ustalone tematy. Dziś spotkania odbywają się znacznie częściej, czasem nawet co miesiąc, ponieważ wydarzenia wymagają szybkich decyzji. Decyzje te są jednak podejmowane przede wszystkim przez rządy państw członkowskich w drodze porozumienia. Nie oznacza to więc, że Unia zmierza w stronę jednego >>>superpaństwa<<<. Moim zdaniem określenie >>>centralizacja<<< nie oddaje dobrze tego procesu. Potrzebujemy wspólnych polityk europejskich, na przykład w zakresie bezpieczeństwa, ale nie oznacza to centralnego zarządzania całą Unią. Jej istotą nadal jest to, że państwa członkowskie samodzielnie podejmują decyzje i wspólnie ustalają zasady działania w wybranych obszarach” – Halicki patrzy mi prosto w oczy. Mówi z pewnością w głosie. Widać, że to efekt jego doświadczeń i wewnętrznych przemyśleń.
Ale ja też mam swoje przemyślenia, więc drążę. Pytam mojego rozmówcę o to, skąd w dyskursie wziął się temat federalizacji Europy. Przecież jest on pochodną zjawisk, które obserwują Europejczycy. Nie wziął się znikąd.
„Federalizm oznaczałby powstanie wspólnego rządu, prezydenta i innych instytucji stojących ponad państwami członkowskimi. Podkreślam: ponad. W Unii Europejskiej najważniejsze decyzje podejmują jednak państwa członkowskie. Robią to przez Radę Europejską oraz Radę Unii Europejskiej, w których zasiadają przedstawiciele rządów. Same rządy mają mandat wynikający z wyborów krajowych. Również każdy rząd wskazuje jednego przedstawiciela do Komisji Europejskiej”.
Przerywam Halickiemu. Oczywiście rządy wskazują komisarzy, ale podobną władzę mają dyrektorzy generalni. Pytam, czy wie, jakie nacje wśród nich dominują.
Halicki uśmiecha się. Wie, co mam na myśli. Po chwili kontynuuje swoją wypowiedź – widać, że ma wprawę, potrafi bezwzględnie egzekwować swoje myśli, aż do momentu, w którym uzna, że wyczerpał temat.
„Komisja Europejska przede wszystkim wykonuje i wprowadza w życie wcześniej ustalone decyzje. W niektórych obszarach jej przedstawiciele mogliby jednak mieć większe znaczenie. Dotyczy to szczególnie polityki zagranicznej UE, która powinna być bardziej sprawna i skuteczna. Obecnie wysoki przedstawiciel UE do spraw zagranicznych głównie koordynuje stanowiska wszystkich 27 państw członkowskich. W przyszłości, zwłaszcza jeśli Unia będzie się rozszerzać, jego rola mogłaby zostać wzmocniona. Nie oznaczałoby to jednak federalizacji UE, lecz lepszą koordynację wspólnej polityki zagranicznej” – dodaje mój rozmówca.
Nie uważam, że Unia Europejska zmierza w stronę większej centralizacji. Raczej jest odwrotnie. Już podczas pandemii COVID-19 pojawił się nowy sposób działania, polegający na szybkim reagowaniu na kolejne kryzysy. Obecnie sytuacje kryzysowe pojawiają się bardzo często, dlatego Unia musi na nie odpowiadać na bieżąco. Stąd wrażenie centralizacji.
Wspominam o tym, że czas Joaniny się skończył, a Traktat Lizboński przyniósł państwom tzw. mniejszość blokującą. Są obszary, w których jednomyślność nie ma już zastosowania.
„Alternatywą dla zasady jednomyślności jest podejmowanie decyzji większością kwalifikowaną. W praktyce jednak nawet Viktor Orbán bardzo rzadko korzystał z możliwości zablokowania decyzji. Wynika to z tego, że takie weto jest rozwiązaniem ostatecznym i może utrudnić współpracę w innych sprawach, które są ważne dla danego państwa. Jednocześnie zasada jednomyślności ma pewną zaletę. Daje każdemu państwu, także najmniejszemu, możliwość zgłoszenia swoich obaw. Jest to szczególnie ważne wtedy, gdy wspólna decyzja mogłaby zagrozić jego bezpieczeństwu lub ważnym interesom” – Halicki zawiesza głos.
Wchodzę mu w słowo i wracam do tematu praworządności. Pytam, czy nie obawia się instrumentalnego stosowania prawa zawieszenia wypłaty środków przez Komisję Europejską.
„Tu chodzi o odpowiednie wydatkowanie unijnych pieniędzy. Pieniędzy, które są prawdopodobnie najbardziej efektywnie wydawanymi pieniędzmi na świecie. Przecież mówimy tu o 1 proc. środków przekazywanych przez państwa ze swojego PKB. W Polsce większość środków unijnych, około 78–80%, jest rozdysponowywana przez samorządy regionalne, ale nie wszędzie tak jest – stąd unijny mechanizm praworządności. Wydatkowanie środków unijnych przez samorządy można zresztą uznać za nasz duży sukces, ponieważ dzięki temu pieniądze trafiają także na mniejsze projekty odpowiadające potrzebom lokalnych społeczności. To właśnie na poziomie regionalnym i lokalnym najlepiej wiadomo, na co środki są najbardziej potrzebne. W budżecie unijnym można zauważyć tendencję do łączenia różnych funduszy w większe grupy, co bywa określane jako centralizacja. Jednak jeśli decyzje o wydawaniu pieniędzy nadal będą podejmowane na poziomie lokalnym i w przejrzysty sposób, nie musi to oznaczać rzeczywistej centralizacji”.
Konwersujemy jeszcze chwilę o tym, czy UE przetrwa, jak wpłynie na nią poparcie dla partii prawicowych, ale logika redagowania wywiadów bywa bezlitosna. Nie wszystko można w nich upchnąć, a nawet najciekawsza zredagowana rozmowa nie oddaje dynamiki, jaka łączy dwóch dociekliwych rozmówców, którzy wiedzą, o co pytać i co odpowiedzieć.