SOP a Secret Service. Płk Świątek o ochronie VIP - Hor1zon

SOP a Secret Service. Płk Świątek o ochronie VIP - Hor1zon

Obiecałem sobie, że przygotowując rozmowy dla Hor1zon, będę dobierać gości w taki sposób, by byli nietuzinkowi. Tematyka, forma – wszystko to miało pasować do zamysłu i estetyki, która mnie interesuje, a więc zupełnie odwrotnej, niż ma to miejsce we współczesnym świecie. Te rozmowy są dla mnie – nie dla kogoś i mam nadzieję, że właśnie dlatego są ciekawe, są jakieś, są o czymś. Tym razem padło na bardzo nieoczywistego rozmówcę. Pułkownik Robert Świątek to weteran BOR, a później SOP i osoba, której zawdzięczamy perfekcyjne zabezpieczenie szczytu NATO w Warszawie.

SOP to TOP 5 państwowych służb ochrony

Zacząłem naszą wymianę zdań prowokacyjnie: czy dzisiejszy SOP jest lepszą wersją siebie sprzed lat?

„Jeżeli chodzi o kadrę - zarówno zarządzającą, jak i samych funkcjonariuszy - uważam, że jest gorzej niż było kiedyś, za czasów Biura Ochrony Rządu. BOR był wtedy formacją bardzo elitarną. Liczył około pięciuset osób i żeby się do niego dostać, trzeba było spełnić bardzo dużo kryteriów. Dzisiaj mamy służbę liczącą ponad dwa tysiące osób, która, tak jak właściwie wszystkie służby mundurowe w Polsce, mierzy się z problemami kadrowymi. Inna jest skala formacji, inna sytuacja demograficzna, inne są też oczekiwania ludzi wobec pracy, ale nadal uważam, że jesteśmy w TOP 5 na świecie” – stwierdził Świątek wyraźnie zakłopotany. Widać, że BOR, a później SOP to większość jego życia i krytyka jest dla niego trudna.

Postanowiłem więc „wypuścić mu piłkę”. A może to nie wina poszerzenia instytucji i zmniejszenia wymagań? Może to zmiany kulturowe? Tak jak nie ma mody na posiadanie dzieci, tak mundur nie pociąga już jak dawniej. Współcześni kandydaci są na pewno inni niż dekadę temu. Przecież to widać choćby po wynikach z WF-u osiąganych w szkołach. Dobrobyt coraz słabiej współgra z dyscypliną i służbą...

Przychodząc do służby stać Cię na życie i opłacenie mieszkania w Warszawie. Nie jest źle.

Wymagania do SOP

„W latach 90. czy na początku lat dwutysięcznych mundur dawał rzeczy, które były dla młodych ludzi niezwykle atrakcyjne: emeryturę po piętnastu latach, kwestie mieszkaniowe i cały system dodatkowych korzyści. Dzisiaj wynagrodzenia są lepsze, ale mam wrażenie, że sam mundur nie przyciąga już młodych ludzi tak jak kiedyś. I nie chodzi wyłącznie o sprawność fizyczną”.

Jestem dociekliwy – dopytuję o sprawność fizyczną.

„Jest z tym gorzej. Standardy służby wciąż się obniżają, ale to nieuniknione” – stwierdza pułkownik i kontynuuje wypowiedź.

„Część kandydatów nie jest gotowa poddać się rygorowi wykonywania poleceń i rozkazów, poświęcić części swojego czasu czy wygody. Cenią sobie większą swobodę, wolność, work-life balance. Tymczasem służba z definicji oznacza, że czasami trzeba podporządkować swoje życie jej potrzebom.”

Widzę błysk w oku pana pułkownika. Chyba trafiłem w sedno i zamierzam drążyć temat. Czuję, że ma na ten temat więcej przemyśleń.

„Ten proces obserwuję mniej więcej od ośmiu, może dziesięciu lat. Będąc dyrektorem formacji wielokrotnie rozmawiałem z kandydatami do służby i widziałem zmianę w podejściu. Pojawiały się reakcje w rodzaju: ale to każecie mi wyjeżdżać w weekendy, mam pracować w ochronie obiektu? My trochę żartobliwie nazywaliśmy to „roszczeniówką”. Taki kandydat musi przejść przecież np. 3-miesięczny kurs przygotowawczy. Więc rodzina będzie Cię widziała tylko w weekendy i to nie każde”.

Gdy pytam, czy nie pomaga wizerunek „Bonda”, z jakim często utożsamia się elitarne formacje strzegące VIP-ów, Świątek uśmiecha się zawadiacko.

„BOR czy SOP wielu osobom kojarzą się z pięknym garniturem, dobrym samochodem, ciemnymi okularami, słuchawką w uchu i pistoletem przy pasku. Z zewnątrz najbardziej widoczna jest przecież ochrona najważniejszych osób. Ale człowiek, który przychodzi do formacji, nie zaczyna od ochrony osobistej. Najpierw jest ochrona obiektów, patrole i podstawowe zadania. Dopiero później może starać się o przejście do jednostki, która przygotowuje ludzi do bardziej specjalistycznej służby - zabezpieczenia miejsc pobytu czy ochrony osobistej. Kiedy kandydat dowiaduje się, że najpierw musi odsłużyć swoje na niższym poziomie, część osób po prostu traci zainteresowanie.”

Skąd bierzecie kandydatów? – pada moje kolejne pytanie. Świątek mówi krótko o tym, że kiedyś brano ich z policji, służby więziennej. Dziś to głównie absolwenci uczelni mundurowych. „Jest specjalny zespół w SOP, który jeździ po tych uczelniach i przedstawia specyfikę służby i proponuje wstąpienie do niej” – dodaje. Doprecyzowuje także, że takie osoby nie mogą mieć problemów z prawem czy zażywać narkotyków.

Postanawiam kontynuować wątek finansowy w naszej rozmowie. Wielokrotnie słyszałem historie o tym, że na początku kandydatów do określonych służb nie stać w ogóle na normalne życie. Świątek uśmiecha się i odpowiada.

„Przychodząc do służby stać Cię na życie i opłacenie mieszkania w Warszawie. Nie jest źle” – stwierdza.

Kobiety w SOP

Pytam również o kobiety. Czy jest ich w służbie sporo?

„Jest ich więcej niż kiedyś. Nie wiem jak to jest procentowo. Sądzę, że jest ich około 25 proc. To sprawne osoby, często z sukcesami sportowymi” – dodaje.

Rozmowa schodzi powoli z kondycji kandydatów na zagrożenia. Pułkownik bierze łyk wody, patrzy przez moment na szklankę, a mowa jego ciała zdaje się sugerować, że przecież wszyscy wiemy, co obecnie stanowi największe zagrożenie dla chronionych osób i obiektów. Instynktownie czuję, że ma rację. Zdążyłem się przecież oswoić z nagłówkami z Ukrainy.

„Jeżeli miałbym wskazać jedno z największych współczesnych wyzwań dla działań ochronnych, to powiedziałbym: drony. Do tego dochodzą zagrożenia hybrydowe i cybernetyczne. To są rzeczy, z którymi kiedyś nie mieliśmy do czynienia w takim zakresie. Państwa, w tym Polska, starają się wprowadzać systemy pozwalające wykrywać tego typu zagrożenia, przeciwdziałać im i je neutralizować, ale nadal pozostaje to ogromnym problemem. Technologia rozwija się bardzo szybko i wystarczy zobaczyć, jaką rolę drony odgrywają obecnie w działaniach wojskowych, żeby zrozumieć, jak poważne może to być zagrożenie również dla ochrony najważniejszych osób” – Świątek robi pauzę, porządkuje myśli i po chwili kontynuuje.

„To oznacza, że współczesna służba ochronna nie może myśleć wyłącznie kategoriami człowieka z pistoletem czy materiału wybuchowego ukrytego gdzieś przy trasie przejazdu. Dochodzą zupełnie nowe możliwości prowadzenia rozpoznania i ataku. Dlatego tak cenna jest współpraca między służbami z różnych państw.”

SOP na tle innych służb

Inne służby to dobry punkt zaczepienia. Aby należycie ocenić SOP, trzeba przecież znaleźć punkt odniesienia…

„Uważam, że w Polsce taki zamach jak ten na premiera Słowacji Roberta Fica w 2024 roku nie miałby miejsca. W tym przypadku nie zagrało kilka elementów, a jednym z kluczowych było podejście do tłumu, który nie został odpowiednio rozpoznany. Podejście osoby ochranianej do niesprawdzonego tłumu zawsze jest sytuacją bardzo trudną. Politycy oczywiście chcą być blisko ludzi. Chcą podawać ręce, rozmawiać z wyborcami, pokazywać, że nie są od nich oddzieleni. Z politycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe, ale dla ochrony oznacza zdecydowane zwiększenie ryzyka” – mówi mój rozmówca, ale zanim zadaję kolejne pytanie kontynuuje wątek. Nie przerywam.

„Kiedy polityk mówił mi, że chce podejść do ludzi, często odpowiadałem: dobrze, podejdziemy, ale za chwilę. I właśnie ta chwila jest bardzo ważna. Pozwala nam wysłać naszych funkcjonariuszy w tłum, czasem także na drugą stronę bariery. Sprawdzają czy ktoś zachowuje się nietypowo, nerwowo, czy coś powinno wzbudzić podejrzenie”.

Uważam, że w Polsce taki zamach jak ten na premiera Słowacji Roberta Fica w 2024 roku nie miałby miejsca. W tym przypadku nie zagrało kilka elementów, a jednym z kluczowych było podejście do tłumu, który nie został odpowiednio rozpoznany.

Zamach na Trumpa i samochód żony premiera Tuska

Skoro powiedziało się a – trzeba powiedzieć b. Pytam pułkownika o zamach na Trumpa.

„Nasze standardy zabezpieczenia obiektów są lepsze niż Secret Service. U nas coś takiego by się nie wydarzyło. To jest nie do pomyślenia, by nie zabezpieczyć terenu wokół miejsca pobytu osoby ochranianej, w tym tzw. zwyżek” – odpowiada z pewnością w głosie.

A samochód żony premiera? – patrzę w oczy pułkownikowi i odbieram mu nieco pewności.

„Pomidor” – odpowiada.

Znów przychodzi mi na myśl pewne pytanie. Zerkam na Pana Pułkownika i bez zastanowienia pytam: jest jakiś „case”, który szczególnie ćwiczycie? Coś co jest podstawą waszych szkoleń i warsztatu? Mój rozmówca przez moment się zastanawia po czym dodaje:

„Jest kilka sytuacji, które wiele nas nauczyły. Np. jedna z nich dotyczy tego, jak ówczesny premier Jerzy Buzek dostał tortem podczas spotkania na jednej z uczelni”.

Nasze standardy zabezpieczenia obiektów są lepsze niż Secret Service. U nas coś takiego, by się nie wydarzyło [chodzi o zamach na Donalda Trumpa]. To jest nie do pomyślenia, by nie zabezpieczyć terenu wokół miejsca pobytu osoby ochranianej w tym tzw. zwyżek.

A kto jest punktem odniesienia dla SOP? Kogo podziwiacie? Myśli kotłują mi się w głowie i wreszcie czuję, że mogę zadać te pytania. Świątek ma gotową odpowiedź. Nie zastanawia się długo.

Izraelczycy to elita tego zawodu

„Polska należy do stowarzyszenia APPS (Association of Personal Protection Services) i jest w jego zarządzie. Ono zrzesza około 80 państwowych służb ochrony. Jesteśmy w zarządzie, bo mimo że jest gorzej niż kiedyś, nadal jesteśmy w czołówce. Jeżeli chodzi o poziom wyszkolenia, sposób działania służb ochronnych, przygotowanie ludzi do służby i późniejszą kontrolę ich pracy, dla mnie jednym z najważniejszych punktów odniesienia są służby izraelskie. Oni funkcjonują w zupełnie innej kulturze bezpieczeństwa, bo przez lata działali w warunkach realnego i stałego zagrożenia. Ale ważny jest też sposób organizacji. Nie ma tam czegoś takiego jak promowanie ulubionych oficerów ze względu na sympatie polityczne. Jest profesjonalny system awansów i określona ścieżka kariery. Do tego funkcjonariusze są poddawani ciągłej kontroli” – w tym momencie mój rozmówca zawiesza głos.

Idę za ciosem. Pytam o jaki rodzaj wewnętrznej kontroli chodzi?

„Ta kontrola może być bardzo daleko idąca. Potrafią na przykład podłożyć atrapę ładunku w pobliżu miejsca zamieszkania VIP-a tylko po to, żeby sprawdzić, czy ochrona działa właściwie i czy go znajdzie. Mogą upozorować zagrożenie i oceniać sposób reakcji. Funkcjonariusz musi mieć świadomość, że jego praca może zostać sprawdzona i oceniona właściwie w każdej chwili. Bardzo cenię też to, że nie marnują wiedzy ludzi. Jeżeli ktoś jest specjalistą w danej dziedzinie, to zmiana polityczna nie powoduje automatycznie, że jego doświadczenie przestaje być potrzebne. Nawet jeżeli nie pełni już dotychczasowej funkcji, można wykorzystać go w szkoleniu czy na innym stanowisku. W Polsce również powinniśmy lepiej chronić wiedzę i doświadczenie ludzi, którzy przez dziesięciolecia zajmowali się bezpieczeństwem najważniejszych osób w państwie” – Świątek bierze oddech, a ja go tracę. Ileż razy słyszałem już ten apel? Z jak wielu miejsc? Jak smutny daje to obraz państwa i jak wiele punktów, w które mogą uderzyć nasi wrogowie.

Amerykanie - trudna współpraca z SOP

Wymieniamy kilka zdań z pułkownikiem. Ciągnę wątek. Czuję, że skoro porozmawialiśmy o Izraelczykach to czas porozmawiać również o Amerykanach. Czy są aroganccy? Czy liczą się z naszym zdaniem? A może działają na własną rękę ignorując gospodarza? Wtrącam wątek książki Zbigniewa Parafianowicza „Problem z Zełenskim”, w której twierdzi, że Amerykanie działali w Jasionce na własną rękę i bez niemal żadnej kontroli.

„Uważam, że sytuacja, w której zagraniczna służba próbuje de facto przejąć zabezpieczenie na terytorium Polski, jest niedopuszczalna. Spotykałem się z próbami nacisku ze strony Amerykanów, między innymi podczas szczytu NATO w Warszawie w 2016 roku. Chcieli na przykład mieć swoich ludzi na wieży na Okęciu. Nie wyraziliśmy na to zgody, bo tam pracują kontrolerzy ruchu lotniczego, obowiązują bardzo konkretne procedury i nie można po prostu wprowadzić tam dodatkowych osób. Próbowali też uzyskać znacznie więcej przepustek samochodowych do poruszania się po zamkniętych strefach. My odpowiadaliśmy, że nie możemy zagwarantować bezpieczeństwa przejazdu kolumn, jeżeli liczba pojazdów będzie wielokrotnie większa od wcześniej ustalonej. W pewnym momencie sprawa oparła się nawet o wiceministra spraw wewnętrznych, ale ostatecznie pozostaliśmy przy swoim stanowisku” – Świątek mówi o tym z pewną satysfakcją. Czuję co kryje się za tymi słowami „między wierszami”. Relacje są pochodną charakterów osób, które je tworzą. Mój rozmówca ma charakter – bez dwóch zdań.

A jeśli mówimy o Izraelczykach, którzy zabezpieczają z poziomu lotniska Chopina swoje samoloty cywilne? – dopytuję mojego rozmówcę.

„To także niedopuszczalne, ale wróćmy do tematu amerykańskiego” – odpowiada Świątek.

„Amerykanie próbują takich rzeczy od lat, trochę na zasadzie: jesteśmy najwięksi, mamy prezydenta Stanów Zjednoczonych, więc należy nam się więcej. Ale z nimi trzeba rozmawiać jak partner z partnerem. Trzeba przedstawić swoje argumenty i pokazać, że nasze sprawdzenia pirotechniczne, przygotowanie miejsc pobytu czy poziom wyszkolenia nie odbiegają od ich standardów. Jeżeli rozmawia się z nimi z pozycji kogoś słabszego, mniejszego czy gorszego, sami ustawiamy się w takiej roli. Kiedy natomiast widzą, że wiesz, co robisz, potrafią to uszanować. Najważniejsza zasada jest prosta: za bezpieczeństwo osoby ochranianej na terytorium Polski odpowiada polska służba. Możemy zgadzać się na pewne ustępstwa, możemy współpracować z Secret Service czy inną służbą i pozwalać im realizować część ich procedur, ale odpowiedzialność pozostaje po naszej stronie. Wielokrotnie mówiłem swoim zagranicznym odpowiednikom: jeżeli coś wydarzy się w Polsce, to ja będę odpowiadał przed prokuratorem, nie pan. To ja odpowiadam głową za bezpieczeństwo tej osoby, dlatego muszę wykonać wszystko, co przewidują nasze procedury” – Świątek mocno akcentuje ostatnie zdanie. Wie, co mówi – zabezpieczał szczyt NATO w Warszawie. Postanawiam go spytać o te wydarzenia. Patrzę pułkownikowi w oczy i pytam, jak oceniono jego pracę.

Uważam, że sytuacja, w której zagraniczna służba próbuje de facto przejąć zabezpieczenie na terytorium Polski, jest niedopuszczalna. Spotykałem się z próbami nacisku ze strony Amerykanów, między innymi podczas szczytu NATO w Warszawie w 2016 roku.

Szczyt NATO w Warszawie

„Jeżeli chodzi o zabezpieczenie szczytu NATO w Warszawie, zostało ono ocenione bardzo wysoko. Dostałem oficjalne podziękowania od ministra spraw wewnętrznych i z Kancelarii Prezydenta, zostałem też mianowany w trybie przyspieszonym na stopień pułkownika. Co więcej, część rozwiązań, które wtedy wprowadziliśmy, później była stosowana jako standard. Podczas całego szczytu nie wydarzyło się żadne nadzwyczajne zdarzenie, a podczas przejazdów kolumn samochodowych nie mieliśmy naruszeń stref bezpieczeństwa. Przy takiej liczbie delegacji i takiej skali operacji to naprawdę dużo mówi o jakości przygotowania”.

„Ludzie widzą zazwyczaj tylko efekt końcowy: podjeżdża kolumna, wysiada premier albo prezydent, pojawia się grupa ludzi w garniturach i wszystko wygląda bardzo sprawnie. Natomiast dziewięćdziesiąt procent pracy wykonuje się wcześniej. Trzeba sprawdzić miejsca, trasy dojazdu, przygotować strefy, przeprowadzić kontrole, skoordynować działania różnych służb i zabezpieczyć ogromną liczbę delegacji. Przy szczycie NATO dochodziły do tego dziesiątki kolumn samochodowych i bardzo skomplikowana logistyka. Sam Stadion Narodowy z punktu widzenia bezpieczeństwa nie był miejscem idealnym, bo takie wydarzenia łatwiej organizować poza ścisłym centrum miasta. Z drugiej strony był jednym z niewielu obiektów w Warszawie, który dawał możliwość przyjęcia tak wielkiej liczby delegacji i kolumn samochodowych. To była ogromna operacja. I właśnie tego przeciętny człowiek nie widzi: zanim przed kamerami pojawi się polityk i jego ochrona, wcześniej przez wiele dni czy tygodni pracują dziesiątki albo setki ludzi.”

Świątek dodaje, że szczyt NATO w Warszawie był tak dobrze przygotowany, że pewne procedury, które na nim zastosowano, przyjęły się na stałe.

„Kazałem sprawdzać delegacje NATO jeszcze w hotelach. Później takie osoby były transportowane bezpośrednio busem z asystą policyjną na stadion i wchodząc na szczyt nie poddawano ich już kontroli. To bardzo usprawniło logistykę” – podkreślał mój rozmówca i widać było, że nie ma żadnych kompleksów wobec zagranicznych służb.

Skoro tak wysoko oceniono jego umiejętności, a nawet wdrożono rozwiązania, które zaproponował, postanawiam spytać mojego rozmówcę o to, ile propozycji pracy ze strony podmiotów komercyjnych otrzymał po odejściu na emeryturę. Kto postanowił go zatrudnić?

Odpowiada mi cisza.