Marcin Wyrwał: Bliscy korespondentów mają PTSD - Hor1zon

Marcin Wyrwał: Bliscy korespondentów mają PTSD - Hor1zon

Od dawna chcieliśmy zrobić rozmowę z jednym z najbardziej znanych polskich korespondentów wojennych. Marcin Wyrwał z Onetu relacjonował konflikt na Ukrainie czy w Iraku. Łączy reporterską dociekliwość i odwagę z ogromną wiedzą polityczną dzięki czemu jego teksty i filmy są zawsze holistyczne. No i wreszcie się udało. Przyszedł ubrany w bluzę taktyczną, poprosił o czarną kawę, bo jako twardziel z mlekiem przecież nie pije. A potem zaczął opowiadać…

- Ja się w ogóle sam zastanawiam, czy jest coś takiego jak korespondent wojenny, który wybrał ten zawód wedle jakiegoś planu? Oczywiście zawsze chciałem robić rzeczy ważne w dziennikarstwie i zawsze mnie do tego ciągnęło. I w pewnym momencie stało się tak, że w 2013 roku przyszedł do mnie mój ówczesny szef i mówi: „słuchaj, coś tam się dzieje na tym Majdanie znowu w Kijowie”. Jak przyjechaliśmy, to od razu trafiliśmy na ulicę Instytucką. To ta, na której na koniec Majdanu rozegrała się ta słynna masakra – Wyrwał żywo gestykuluje a my zaczynamy się zastanawiać czy spróbuje kawy. Ma w sobie ogień - to się czuje. Ten rodzaj energii, który pcha ludzi w nieznane.

- Na drugi czy trzeci raz w Kijowie – bo ja tam na ten Majdan wjeżdżałem i wracałem – uznałem, że muszę sobie kupić mocniejszy kask, bo tam wciąż pałowali ludzi. Pojechałem do Decathlonu i poprosiłem panią, żeby dała mi jakiś taki twardy, bo mieli przede wszystkim narciarskie. Pamiętam jak dziś, pani daje mi ten kask i mówi z dumą: „Ten jest świetny, on spełnia wszystkie standardy Unii Europejskiej” – nasz rozmówca uśmiecha się wspominając swoje początki. Nie tylko dla niego „reporterka wojenna” była nową przygodą. Redakcja uczyła się razem z nim.

- Ja wtedy bardzo dobrze zrozumiałem, że to jest to, co ja bym chciał robić. Poczułem, że tu się dzieje historia. Że o tym wydarzeniu, na którym ja jestem, będzie się pisało w książkach od historii. Czyli to było takie bardziej uczucie bycia w centrum wydarzeń, a nie taka surowa adrenalina – odpowiada Wyrwał pytany o to co go motywuje.

- I znowu do mnie zadzwonili i mówią: "Słuchaj, może byśmy Ci zabukowali bilet do Symferopola, żebyśmy zobaczyli, co to za zielone ludziki?”. Podejrzewałem, że to są Rosjanie, bez emblematów. Długo się nie zastanawiałem. Lecimy z Robertem Wróblewskim, moim ówczesnym operatorem kamery, nagle patrzę na niego i mówię: „Ty, ale w ogóle tak lecimy na pałę, nieprzygotowani, gdzie my znajdziemy te zielone ludziki?”. Pierwsza rzecz po wyjściu z samolotu – stoją zielone ludziki. Ja mówię do Roberta: „Włączaj kamerę”. Idzie dwóch żołnierzy rosyjskich ze Specnazu. Mówię: „Rebiata, wy iz kakoj strany?”. I jeden z nich mówi: "No comment" z wyraźnie rosyjskim akcentem.

Wyrwał mówi ze swadą. Przypomina mu się też jak kręcił reportaż o milicji wojskowej w Iraku, która zajmowała się obroną chrześcijan przed Państwem Islamskim.

- Zrozumiałem, w jakiej oni są ciężkiej sytuacji, w jakim położeniu. Byłem z kolegą, który był wcześniej wojskowym i on uczył tych chłopaków, jak składać i rozkładać kałacha. Przy okazji sam się nauczyłem – uśmiecha się a my pytamy jak w takich miejscach ludzie reagują na dziennikarza.

- To, jak ludzie reagują na dziennikarza, zależy od miejsca. Na Bliskim Wschodzie jesteś troszeczkę taką ciekawostką. Są po prostu ciekawi, co ma swoje bardzo dobre strony. W Ukrainie na początku, i zresztą do pewnego stopnia do tej pory, biało-czerwona flaga oznacza, że wszyscy Cię kochają. Bo przyjechałeś, zaangażowałeś się w ich sprawę, a wtedy pomoc z Polski była bardzo intensywna. W pewnym momencie to się trochę zmieniło. Był taki moment dużego napięcia z powodu zboża i tych ciężarówek na granicy. Ja wtedy byłem po ukraińskiej stronie i miałem nawet taką dosyć agresywną sytuację od faceta z ewidentnym PTSD, który krzyczał na mnie – Wyrwał zamyśla się, a my przekierowujemy rozmowę na kwestie związane z jego rzemiosłem. Tym razem nie chcemy rozmawiać o polityce. Interesuje nas np. to czy można przyzwyczaić się do permanentnego stresu i strachu przed śmiercią.

Lecimy z Robertem Wróblewskim, moim ówczesnym operatorem kamery, nagle patrzę na niego i mówię: „Ty, ale w ogóle tak lecimy na pałę, nieprzygotowani, gdzie my znajdziemy te zielone ludziki?”. Pierwsza rzecz po wyjściu z samolotu – stoją zielone ludziki. Ja mówię do Roberta: „Włączaj kamerę”. Idzie dwóch żołnierzy rosyjskich ze Specnazu. Mówię: „Rebiata, wy iz kakoj strany?”. I jeden z nich mówi: "No comment" z wyraźnie rosyjskim akcentem.

- Pamiętam, jak pierwszy raz jechałem z żołnierzami do wsi Pieski. To był mój pierwszy raz już na takich twardych działaniach wojennych. Mówią mi: „Zakładaj tę kamizelkę, hełm”. Ja to wszystko założyłem, a oni: „Dobra, teraz będziemy jechać trzy kilometry bardzo szybko, bo snajperzy strzelają”. I ja po prostu wsiadłem do samochodu w takim szoku. Pamiętam jak myślałem sobie, że zrobiłem bardzo duży błąd i to jest moja ostatnia wizyta na Ukrainie.

Wyrwał milknie, oczy mu błyszczą, a my wiemy, że przecież ostatnia nie była.

- Dokładnie dwa tygodnie później jechałem tą samą drogą. Dlaczego? Bo szukasz ciągu dalszego, interesujesz się, co u tych wszystkich ludzi. Poza tym włącza Ci się to, że naprawdę relacjonujesz historię. To jest dla mnie bardzo ważny aspekt – wreszcie bierze łyk kawy.

- W pewnym momencie powiedziałem sobie, że jeżeli chcę w ogóle wykonywać tę robotę, to muszę znaleźć jakiś sposób na stres. I ja chyba znalazłem taki sposób. Przed wejściem w tak zwaną „strefę” dobrze się przygotowuję. Wiem, co gdzie mam: gdzie stazy, gdzie apteczka, gdzie taśma, gdzie sznurek, gdzie nóż. I to jest to, co ja mogę zrobić, a w całej reszcie i tak jestem zdany na żołnierzy. I to mnie zaczęło uspokajać – mówi tak spokojnym głosem, że od razu czujemy się przekonani.

Przyszedł czas na najbardziej intymne pytania. Pytamy o rodzinę. O reakcje najbliższych. Zastanawiamy się czy rozumieją? Jakie koszty ponosi nasz rozmówca relacjonując kluczowe momenty historii?

- Moja ówczesna partnerka, a dzisiaj żona, lubiła się na początku chwalić, że jestem korespondentem wojennym. Ale jak ja realnie pojechałem na Ukrainę w 2022 r. po ataku Rosji i jak wróciłem po tych pierwszych dwóch miesiącach, to miała ciężkie PTSD. Odreagowała to. O dziwo ja byłem w świetnej formie będąc w ciągłym ruchu – Wyrwał zamyśla się.

- Trudno o tym mówić, ale uważam, że trzeba. Kilka razy miałem już wrócić, a nie wracałem. Jak w końcu trafiłem na granicę, przekroczyłem ją i do niej zadzwoniłem, że już jestem, to rozmawialiśmy jeszcze normalnie. Trzy godziny później, jak dojechałem, ona zupełnie straciła głos. Było kilka bardzo przykrych momentów, łącznie z tym, że my mieliśmy wtedy właśnie brać ślub i ten ślub został przesunięty o kilka miesięcy.

Skoro było o rodzinie – pytamy też o Boga. Czy będąc na froncie czuje się jego obecność? A może wykrzykuje się jego śmierć jak Nietzsche?

- Znam bardzo wielu niereligijnych żołnierzy. Jak jesteś tam na miejscu, to jest tyle rzeczy do ogarnięcia, zupełnie praktycznych, że w ogóle nie myślisz o takich metafizycznych rzeczach. Kompletnie. Dopiero jak zadajecie mi to pytanie, uświadomiłem sobie, że to jest pierwszy raz, kiedy w ogóle pomyślałem, czy ja kiedykolwiek myślałem o takich rzeczach. Oczywiście każdy boi się być zranionym, umrzeć i tak dalej, ale na miejscu jest po prostu inny stan skupienia – tłumaczy Wyrwał i gładzi się po swojej koszulce taktycznej, jakby przypomniało mu się, jak to jest, gdy boli a wokół świszczą kule. Była rodzina, był Bóg, pytamy więc również o śmierć.

Oczywiście każdy boi się być zranionym, umrzeć i tak dalej, ale na miejscu jest po prostu inny stan skupienia.

- Moja historia z Piesków bawi, straszy i uczy. Pokazuje, jakim można być idiotą na wojnie i jak szybko zginąć od friendly fire. Mieszkałem u chłopaków z OUN-u. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów - tej samej, która nas mordowała na Wołyniu. I Ci nacjonaliście mówią mi: „Nasz brat, Polak”. Rozniosło się, że jest reporter z kamerą, i przyszło dwóch dwudziestolatków. Poprosili, żebym nagrał ich w czasie „walki”. Akurat nic się nie działo, ale oni mieli już gotowy scenariusz: „Ty stoisz tu, my wybiegamy, wrzucamy granat, dajemy kopa w drzwi i strzelamy”. Dla dziennikarza słaba ustawka, ale pomyślałem: mieszkam u nich, a oni jutro mogą nie żyć. Może chcą się pochwalić dziewczynom? Zgodziłem się. Byłem wtedy sam, bez operatora, bo nie chciałem już dłużej narażać innych – nie wytrzymujemy z ciekawości i prosimy naszego rozmówcę o więcej.

Było kilka bardzo przykrych momentów, łącznie z tym, że my mieliśmy wtedy właśnie brać ślub i ten ślub został przesunięty o kilka miesięcy.

- Słabo ogarniałem kamerę, więc wymyśliłem, że kucnę – i to mnie uratowało. Włączyłem nagrywanie, chłopaki wybiegli potwornie podekscytowani. Jeden odbezpieczył granat, zamachnął się i zamiast w okno, uderzył w wąski murek. Granat się odbił, oni uciekli za dom, a mi to wszystko wystrzeliło prosto w twarz. Mój mózg się zatrzymał, dalej kucając cały czas to filmowałem. Potem na nagraniu widziałem tylko lecące na mnie odłamki – kończy wypowiedź Wyrwał.

Przypomina nam się serial Netlixa – Sandman. Skoro rozmawiamy z reporterem wojennym o śmierci to czas na jej brata czyli sen.

- Problemy ze snem tam są absolutnie powszechne. Odwołam się do jednego z naszych ochotników - do „Bura”. Świetny chłopak, spędził trzy lata jako medyk na pierwszych liniach. Próbował się potem dostać do Wojska Polskiego. Nie ma szansy w ogóle. Oni nie są tym zainteresowani, oni już wszystko wiedzą. Ale chcę powiedzieć o czymś innym. On mi opowiadał, że problemy ze snem tam są absolutną codziennością. Sam miał z tym problem, a medycy, ponieważ mają dostęp do wszystkich możliwych leków, to się po prostu tymi lekami ratują. On na całe szczęście wyszedł na prostą, ale mówił, że czerwona lampka mu się zapaliła, kiedy przyszedł do niego jeden żołnierz i mówi, że ma ciężkie problemy ze snem. „Bur” mówi: „Dobra, dam ci taką tabletkę, ale ona jest cholernie mocna, weź sobie pół na początku”. Tamten przyszedł następnego dnia i mówi: „Słuchaj, świetnie spałem, rewelacja”. „Na pewno wziąłeś pół?” – pyta „Bur”. Ten przytakuje. A „Bur” brał już wtedy trzy tabletki na sen i to go przeraziło.

Na koniec spinamy naszą rozmowę klamrą. Pytamy Wyrwała jak wiele od czasów kupowania kasku w Decathlonie się u niego zmieniło w kontekście jego osobistego przygotowania i przygotowania całej redakcji.

- Z redakcją Onetu na pewno się sprofesjonalizowaliśmy. Mamy człowieka, który na przykład jak wyjeżdżam, wyposaża mi samochód w sposób absolutnie profesjonalny: hełmy, kamizelki. Ja mam lepiej wyposażoną apteczkę niż żołnierze na froncie i umiem z niej korzystać. To jest najważniejsze, ponieważ większość ludzi nie potrafi z niej korzystać, a ja jestem szkolony. Więc od tej strony bardzo o mnie dbają. Wysłali mnie po tym największym, najbardziej intensywnym czasie do pani psycholog na serię sesji, żeby mnie zdiagnozowała, czy mam PTSD. Także tak, sprofesjonalizowaliśmy się i to widać. Jak jesteśmy szkoleni, to przez byłych GROM-owców. I oczywiście ja też przywożę doświadczenie stamtąd, ta wymiana trwa i to jest fajne – podkreśla Wyrwał a my dajemy mu do zrozumienia, że chcielibyśmy rozmawiać z nim jeszcze wiele godzin. Jednak po rozmowie o śmierci i śnie dopada nas trzecie „sandmanowe” rodzeństwo. Czas…