Exen o Zełenskim: Brakuje wdzięczności dla Polski - Hor1zon

Exen o Zełenskim: Brakuje wdzięczności dla Polski - Hor1zon

Exen to postać nietuzinkowa, z którą pierwszy raz zetknąłem się na platformie X. Tłumacz z Podlasia, który pod wpływem impulsu, jakim była napaść Rosji na Ukrainę w 2022 r., zorganizował największą prywatną akcję pomocową dla naszego wschodniego sąsiada. Do dziś regularnie przemierza drogi prowadzące na Donbas, obserwuje powolne pustoszenie miast i rozmawia z ludźmi, którzy, walcząc z agresorem, pogodzili się z tym, że „nie wrócą już z tej wojny żywi”. Rozmawiamy o wojnie dronów, życiu w przyfrontowych miastach, psychice ukraińskich żołnierzy, korupcji i coraz trudniejszych relacjach polsko-ukraińskich.

Donbas przypomina sceny z Mad Maxa

Zacząłem od pytania o obraz wojny widziany zza kierownicy. Chciałem, aby Exen sięgnął w głąb własnych obserwacji, których pewnie nawet nie był do końca świadomy. Pomyślałem, że przecież od lat pokonuje te same trasy. Może więc opowiedzieć o zmianach, których nie opisują duże media – zamknięciu określonych dróg, niekończących się objazdach. Intuicja mnie nie myliła.

„Myślę, że w Polsce niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak obecnie wygląda sytuacja na wschodzie Ukrainy. Tych zmian nie da się w pełni dostrzec, śledząc mapy czy doniesienia medialne. Dopiero kiedy jesteś na miejscu, widzisz, co naprawdę się dzieje. Jeszcze dwa tygodnie temu jechaliśmy konkretną drogą, a dziś musimy ją omijać i nadrabiać 50 kilometrów, ponieważ stała się zbyt niebezpieczna” – mówi mi mój rozmówca. Jest zmęczony i przeziębiony, co jego słowom dodaje dodatkowego klimatu. Nadchodzi przecież jesienna słota, a potem zima. Być może najcięższa we współczesnej historii Ukrainy?

„Te zmiany są najbardziej widoczne na wschód od Charkowa, choć samo miasto również bardzo się zmieniło. Na miejskich drogach pojawiły się już nawet siatki antydronowe” – Exen robi pauzę, ale już po chwili kontynuuje, odtwarzając w głowie obrazy i dźwięki.

„Wcześniej zawsze korzystaliśmy z obwodnicy Charkowa, ale teraz została zamknięta ze względu na zagrożenie ze strony dronów FPV. To niewielkie, stosunkowo tanie bezzałogowce, które stały się ogromnym zagrożeniem dla poruszających się samochodów”.

Zastanawiam się, jak reagują na to mieszkańcy. Czy można przyzwyczaić się do życia w takich warunkach? I czy Charków zaczyna sprawiać wrażenie opustoszałego miasta? Cisnę serią pytań jak z karabinu maszynowego. Bardzo jestem tego wszystkiego ciekaw.

„Myślę, że wielu mieszkańców Charkowa przyzwyczaiło się już do życia w ciągłym zagrożeniu i pewnie przyzwyczai się nawet do tego. Jednocześnie sporo ludzi decyduje się jednak na wyjazd. Charków nie jest jeszcze całkowicie opustoszały, ale wyraźnie widać, że mieszkańców jest mniej niż dwa czy trzy lata temu. Trzeba pamiętać, że to ogromne miasto leży zaledwie 30 kilometrów od granicy z Rosją. Już przed wojną jego położenie nie było korzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa, a teraz sytuacja stała się znacznie trudniejsza. Rosjanie znacząco zwiększyli zasięg swoich dronów. Jeszcze niedawno mogły one operować na odległość około 10 kilometrów, a teraz mówimy nawet o 30–40 kilometrach. To sprawia, że zagrożenie dociera do miejsc, które wcześniej były poza ich zasięgiem”.

Rozmowa schodzi na Donbas. Exen opowiada o trasie z Izium do Słowiańska, którą przez długi czas regularnie pokonywał. Dziś przejazd nią wiąże się z coraz większym zagrożeniem. Z jego relacji wyłania się obraz miejsc, w których życie i zaopatrzenie wojska nadal funkcjonują, ale niemal każdy element logistyki został podporządkowany unikaniu rosyjskich dronów.

„Główne drogi prowadzące w kierunku frontu są zabezpieczane siatkami antydronowymi, ale sytuacja zmienia się tak szybko, że nawet te zabezpieczenia nie zawsze wystarczają. Dobrym przykładem jest główna trasa z Izium do Słowiańska, prowadząca w głąb Donbasu. Teoretycznie nadal można nią jechać, ale stała się bardzo niebezpieczna. Rosyjskie drony regularnie atakują poruszające się tam samochody. Dlatego wyznaczane są objazdy. Trasę, którą wcześniej pokonywało się w 20 minut, teraz trzeba przejeżdżać w dwie godziny. To pokazuje, jak bardzo drony zmieniły realia wojny. Utrudniają nie tylko przemieszczanie się żołnierzy, ale także całą logistykę frontową. Dostarczanie zaopatrzenia stało się niezwykle skomplikowane. Szczerze mówiąc, czasami aż trudno uwierzyć, że ukraińskiej armii nadal udaje się skutecznie zaopatrywać oddziały w takich warunkach. Teraz Rosjanie koncentrują swoje działania na Słowiańsku i Kramatorsku, ale wcześniej podobnie wyglądała sytuacja w Konstantynówce czy Pokrowsku” – Exen przedstawia sytuację, w której mimo ukraińskiego oporu Rosjanie wciąż pełzną do przodu kosztem olbrzymich strat. Sytuację, w której front żarłocznie się poszerza, by przybrać formę terytorialną wielkości polskiego powiatu w głąb od „nulla”, jak napisałby Szczepan Twardoch.

Chciałem również wiedzieć, jak zmienia się krajobraz miast położonych coraz bliżej walk. Exen zwraca uwagę nie tylko na pustoszejące ulice, ale również na to, co po nich jeździ. Coraz mniej widuje ciężkich pojazdów opancerzonych. Ich miejsce zajmują terenówki i pick-upy, które wyglądają jak improwizowane maszyny z filmu postapokaliptycznego.

„Zauważyłem, że na drogach w pobliżu frontu jest teraz znacznie mniej ciężkiego sprzętu wojskowego, na przykład wozów opancerzonych. Oczywiście nadal można je spotkać, ale mam wrażenie, że zdecydowana większość transportu opiera się dziś na samochodach terenowych i pick-upach. Powiedziałbym, że stanowią one nawet 90 procent pojazdów, które tam widuję. Co ciekawe, te samochody są coraz częściej przerabiane w bardzo nietypowy sposób. Montuje się na nich dodatkowe osłony, elementy opancerzenia i różnego rodzaju konstrukcje z metalowych prętów czy drutów, które mają chronić przed dronami. Niektóre pojazdy wyglądają przez to jak wielkie metalowe jeże. Podobne zabezpieczenia pojawiają się zresztą również na cięższym sprzęcie wojskowym. Wszystko to wygląda surrealistycznie, niemal jak żywcem wyjęte z filmu Mad Max. Kiedy jedziesz przez Słowiańsk czy Kramatorsk, widok takich pojazdów naprawdę robi wrażenie. Jest ich tam mnóstwo” – Exen przymyka oczy i robi pauzę.

Pytam również o cywilów. Dlaczego ludzie pozostają w miejscowościach systematycznie niszczonych przez rosyjską armię?

„Z moich obserwacji wynika, że w każdym mieście, do którego zbliża się front, część mieszkańców zostaje, niezależnie od tego, jak niebezpieczna staje się sytuacja. Widziałem to wcześniej między innymi w Konstantynówce, a teraz podobnie dzieje się w Drużkiwce, którą Rosjanie systematycznie niszczą. Powody są różne. Jedni nie mają dokąd wyjechać, inni po prostu nie chcą opuszczać swoich domów, bo są przywiązani do miejsca, w którym spędzili całe życie. Często są to ludzie starsi, którzy nie wyobrażają sobie przeprowadzki i zaczynania wszystkiego od nowa. Wielu z nich chroni się w piwnicach, gdzie potrafią przetrwać naprawdę długo”.

Najbardziej niebezpieczna jest droga na Null

Wojna dronowa przyniosła zmianę, która z perspektywy cywila może wydawać się paradoksalna. Exen tłumaczy, że przemieszczanie się na pozycje i powrót z nich stały się szczególnie niebezpieczne. To trochę jak z samolotem – największe ryzyko katastrofy wiąże się ze startem i lądowaniem. Bycie na „nullu” to już „stabilny lot”.

„Dziś żołnierze najbardziej obawiają się tego, czy przeżyją kolejne wyjście na pozycję. Paradoksalnie, kiedy już uda im się tam dotrzeć i ukryć w przygotowanym okopie czy ziemiance, są względnie bezpieczni. Największym zagrożeniem stało się teraz samo przemieszczanie - zarówno droga na pozycję, jak i powrót z niej. To pokazuje, jak bardzo zmienił się charakter tej wojny. Samochody terenowe i pick-upy, które od lat dostarczamy ukraińskim żołnierzom, są nadal niezwykle potrzebne, ale jednocześnie stały się łatwym celem dla rosyjskich dronów. Poruszający się drogą pojazd można wypatrzyć nawet z dużej odległości, namierzyć i zaatakować” – podkreśla mój rozmówca.

Ta sytuacja wymaga również szczególnej ostrożności od osób dostarczających pomoc. Exen nie ukrywa, że przed wyjazdem musi dokładnie rozpoznać zagrożenia na trasie. Opowiada o kontaktach z żołnierzami, którzy na bieżąco obserwują sytuację w terenie.

„Jeżdżąc w pobliże frontu, trzeba mieć pełną świadomość zagrożeń. Nie ma miejsca na improwizację ani liczenie na szczęście. Podczas dwóch ostatnich wyjazdów korzystaliśmy z niebezpiecznej trasy prowadzącej z Izium do Słowiańska. Ale to nie było tak, że po prostu zdecydowaliśmy się tam pojechać, zamknęliśmy oczy i liczyliśmy, że jakoś się uda. Mam znajomych żołnierzy, którzy stacjonują w tamtym rejonie i na bieżąco monitorują sytuację. Korzystają ze specjalnych systemów, które pokazują, co dzieje się w okolicy, gdzie pojawiają się drony i na których odcinkach występuje zagrożenie. Dzięki temu mogą mi powiedzieć, czy w danym momencie można przejechać konkretną drogą. Czasami dostaję od nich wiadomość, że trasa jest względnie bezpieczna i możemy ruszać. Innym razem przysyłają mi zrzut ekranu i mówią: zobacz, nad tym odcinkiem lata teraz pięć dronów. Lepiej tam nie jedźcie”.

Pytam, czy nadal odczuwa strach, jadąc na Donbas. Exen przyznaje, że się przyzwyczaił i obecnie najbardziej boi się o to, aby nikomu z uczestników konwoju nic się nie stało.

„Teraz nie boję się już tak bardzo o siebie. Bardziej martwię się o bezpieczeństwo pozostałych uczestników wyjazdu. To ja organizuję cały konwój i czuję się odpowiedzialny za ludzi, którzy jadą ze mną”.

Ukraińscy żołnierze pogodzili się z tym, że pewnie nie przeżyją tej wojny

Pytanie o strach uruchamia w mojej głowie kolejną szufladkę. Czuję, że chcę spytać mojego rozmówcę o jego obserwacje i odczucia dotyczące kontaktu z ludźmi funkcjonującymi w tym piekle. W jaki sposób trwają? Dają sobie radę?

„My jeździmy na Ukrainę często, ale trzeba pamiętać, że nasza sytuacja jest zupełnie inna niż sytuacja żołnierzy, którzy tam walczą. Przyjeżdżamy, wykonujemy swoje zadanie, przekazujemy samochody i wracamy do Polski. Zazwyczaj spędzamy w pobliżu frontu jeden, dwa, najwyżej trzy dni. A oni żyją tam bez przerwy, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Zmiany w zachowaniu tych ludzi widać niemal od razu. Są potwornie zmęczeni, czasami nadpobudliwi, ale najbardziej uderza mnie to, że pogodzili się z możliwością własnej śmierci. Wiedzą, że mogą zginąć w każdej chwili, i mimo to muszą dalej normalnie funkcjonować. Ja patrzę na to zupełnie inaczej. Kiedy jadę w pobliże frontu, zakładam, że zrobię to, co mam do zrobienia, i wrócę do domu. Nie pogodziłem się z myślą, że mógłbym z takiego wyjazdu nie wrócić. A oni żyją ze świadomością, że mogą nie doczekać końca wojny. Mam wrażenie, że wielu z nich przyjęło już do wiadomości, że prawdopodobnie zginie” – mówi ze smutkiem zmieszanym z odrobiną współczucia i podziwu. To mieszanka przypraw, którą można uzyskać tylko w ekstremalnych warunkach.

„Podam ci przykład, który dobrze pokazuje, jak bardzo wojna zmieniła sposób, w jaki żołnierze postrzegają rzeczywistość. Jak już wspominałem, moi znajomi z ukraińskiej armii mają dostęp do systemów, które pozwalają na bieżąco śledzić sytuację w terenie. Pokazują mi na mapach, gdzie znajdują się drony, co aktualnie lata w okolicy i które drogi mogą być zagrożone. To bardzo przydatne informacje, bo opierają się na rzeczywistych danych i pomagają ocenić ryzyko. Ale jest jedna rzecz, o którą nigdy ich nie pytam: czy w danym miejscu jest bezpiecznie. Bo żołnierz niemal zawsze odpowie, że tak. Problem w tym, że jego wyobrażenie o bezpieczeństwie zupełnie różni się od mojego. Dla niego bezpieczne może być miejsce, do którego ja nawet nie odważyłbym się podjechać. Oni przez lata tak bardzo przyzwyczaili się do zagrożenia, że zupełnie inaczej oceniają ryzyko. Dlatego kiedy rozmawiam z nimi o bezpieczeństwie, zawsze muszę brać na to poprawkę. Oni po prostu żyją już w trochę innym świecie niż my”.

Pytam Exena o nastroje na froncie. Czy ukraińscy żołnierze nadal wierzą w zwycięstwo? Czy dominują zmęczenie, apatia i rozczarowanie? Ostatnie tygodnie to również coraz cięższa dla Ukrainy sytuacja międzynarodowa i kolejny etap gry administracji Trumpa na reset z Rosją.

„Żołnierze są już potwornie zmęczeni tą wojną. Chcieliby, żeby wreszcie się skończyła, żeby mogli wrócić do swoich domów i normalnego życia. Ale jednocześnie zdają sobie sprawę, że na razie nie mają takiej możliwości. Wiedzą, że będą musieli dalej walczyć, aż do jakiegoś sprawiedliwego zakończenia tej wojny” – podkreśla Exen, a ja nie daję mu skończyć myśli.

Dopytuję, czym dla ukraińskich żołnierzy byłoby sprawiedliwe zakończenie wojny. Czy nadal wierzą w odzyskanie wszystkich okupowanych terytoriów, czy raczej pogodzili się z tym, że konflikt może zakończyć się zamrożeniem obecnej linii frontu? Exen przyznaje, że nie prowadzi z nimi szczegółowych rozmów o politycznych scenariuszach, ale z ich wypowiedzi wyłania się obraz ludzi, którzy bardzo realistycznie oceniają sytuację.

„Nie rozmawiam z nimi zbyt często o tym, jak dokładnie miałoby wyglądać polityczne zakończenie wojny. Ale z tego, co słyszę, wynika, że przynajmniej część żołnierzy nie spodziewa się już żadnego wielkiego przełomu. To nie jest tak, że siedzą w okopach i wierzą, że zaraz ruszy wielka ofensywa, Ukraina odzyska Krym i wszystkie okupowane terytoria. Oni raczej trzeźwo oceniają sytuację. Wielokrotnie słyszałem, że pozytywnym zakończeniem wojny byłoby już samo zatrzymanie walk na obecnej linii frontu. Mam wrażenie, że dla wielu z nich zakończenie wojny bez dalszych strat terytorialnych byłoby już wynikiem, który mogliby zaakceptować. Przede wszystkim dlatego, że są zmęczeni i chcieliby wreszcie wrócić do domu”.

Exen osobiście uważa, że zamrożenie wojny na obecnej linii frontu byłoby dla Ukrainy sukcesem. W jego ocenie Rosja nie osiągnęła bowiem swoich podstawowych celów.

Pytam mojego rozmówcę również o stosunek ukraińskich żołnierzy do polityków. Exen relacjonuje, że spotyka się z bardzo krytycznymi komentarzami dotyczącymi Donalda Trumpa. Zapytany, jak żołnierze go oceniają, odpowiada krótko: „jest pajacem”.

W rozmowie o ukraińskich nastrojach Exen w pewnym momencie przesuwa uwagę z armii na społeczeństwo. To interesujące, ponieważ o wytrzymałości Ukrainy najczęściej mówi się w kontekście sytuacji militarnej, strat i zdolności do dalszego prowadzenia walk. Tymczasem mój rozmówca zwraca uwagę na rosyjskie ataki na energetykę i konsekwencje, jakie mogą mieć dla zwykłych mieszkańców. Przyznaje, że bardziej boi się o odporność zwykłych Ukraińców niż o armię.

„Myślę, że ta zima może mieć ogromne znaczenie dla dalszego przebiegu wojny. Szczerze mówiąc, już poprzedniej zimy byłem przekonany, że konflikt zakończy się w ciągu roku i że kolejnej takiej zimy już nie będzie. Tak oceniałem sytuację, obserwując to, co działo się wówczas na Ukrainie. Rosjanie zaczęli wtedy systematycznie atakować elektrociepłownie i niszczyć infrastrukturę energetyczną. A to zupełnie zmienia sytuację. Żołnierze na froncie zmagają się z niezwykle trudnymi warunkami, ale wojna jest ich codziennością i w pewnym sensie są na to przygotowani. Natomiast kiedy w całym kraju zaczyna brakować prądu i ogrzewania, konsekwencje odczuwają już nie tylko wojskowi, lecz praktycznie wszyscy mieszkańcy. Ludzie muszą wtedy funkcjonować w naprawdę fatalnych warunkach. Nie mogą normalnie ogrzać mieszkań, korzystać z elektryczności ani prowadzić zwyczajnego życia. I to jest znacznie poważniejszy problem, bo dotyka całego społeczeństwa. Im dłużej taka sytuacja trwa, tym większe staje się zmęczenie i niezadowolenie ludzi. Dlatego uważam, że rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną mogą mieć ogromne znaczenie dla dalszych losów tej wojny” – podkreśla Exen i ciężko się z nim nie zgodzić. Zresztą rosyjska taktyka jest właśnie na to obliczona – niezadowolenie społeczne może wywołać protesty, a nawet doprowadzić do zastąpienia Zełenskiego.

Na froncie polsko-ukraińskie kłótnie mają niewielkie znaczenie

W Polsce napięcia w relacjach z Ukrainą to jeden z głównych tematów w kampanii wyborczej, która właśnie się rozpoczyna. Pytam, czy Exen odczuwa zmianę atmosfery, gdy pojawia się wśród ukraińskich żołnierzy? Czy odnotowują „zmianę klimatu” w naszym kraju?

„Coś tam co nieco dociera do nich, ale to jest zupełnie inny świat. Jakbym ja jeździł do Kijowa i gadałbym tam z politykami, z jakimiś tam aktywistami, z taką elitą tamtejszą, no to oni pewnie żyją od rana do nocy tymi różnymi kłótniami. A żołnierz, który siedzi kilka dni w okopie, a potem kilka dni w chacie bez prądu, bez wody, to on tak naprawdę ma w dupie to, co tam media podają i to, czym się zajmują jego elity w Kijowie i nasze w Warszawie. On bardziej się martwi o to, czy przeżyje następne wyjście na pozycję”.

Warto jednak odnotować, że na początku wojny pomoc Ukrainie była w Polsce zjawiskiem masowym. Dziś zbiórki pieniędzy na kolejne samochody nie są już tak łatwe. Exen przyznaje, że skala jego działalności zmalała, choć potrzeby walczących nadal pozostają ogromne.

„Ostatnio nasze wyjazdy organizujemy w mniejszych, trzyosobowych zespołach. Zawozimy na Ukrainę dwa samochody, a trzecim wracamy do Polski. Potrzebujemy więc trzech kierowców. Wcześniej organizowaliśmy większe konwoje, ale teraz skala pomocy stopniowo się zmniejsza i samochodów dostarczamy mniej niż kiedyś” – podkreśla.

Zwraca uwagę na problem, który szczególnie go frustruje: samochody są niszczone szybciej niż wcześniej, a pieniędzy na ich zakup jest coraz mniej.

„Oczywiście zdobywanie środków na kolejne samochody jest dziś znacznie trudniejsze niż kiedyś, ale to nie znaczy, że zamierzamy zakończyć naszą działalność. Po prostu skala pomocy się zmniejszyła. Przyznam, że jest to dla mnie frustrujące, zwłaszcza kiedy widzę, jak bardzo te samochody są nadal potrzebne na froncie. Problem polega na tym, że zapotrzebowanie wcale nie maleje, wręcz przeciwnie. Samochody są teraz znacznie częściej i szybciej niszczone, między innymi przez rosyjskie drony, a jednocześnie dociera ich do żołnierzy coraz mniej. W efekcie niedobór pojazdów staje się coraz większy. Niestety, nie jestem cudotwórcą. Mogę pomagać tylko na taką skalę, na jaką pozwalają środki, które udaje nam się zebrać” – mówi ze smutkiem i robi sobie przerwę. Jest przeziębiony i wyciąga z kieszeni chusteczkę.

Gdybyśmy zostawiali auta w Kijowie, połowa by nie dojechała

Pytam wprost, czy Exen nie obawia się, że przekazywane samochody zostaną rozkradzione. To prawda, że skala pomocy się zmniejsza – z drugiej strony skala ukraińskiej korupcji zdaje się zwiększać, a administracją Zełenskiego wstrząsają kolejne skandale.

„Oczywiście istnieje ryzyko, że przekazywane przez nas samochody nie trafią tam, gdzie powinny. Dlatego przez te wszystkie lata wypracowałem i przetestowałem różne sposoby zabezpieczania pomocy, które pozwalają nam ograniczyć takie sytuacje. Powiem wprost: gdybyśmy po prostu przywozili samochody do Lwowa czy Kijowa i zostawiali je jakiejś organizacji, która miałaby później rozdzielać je między jednostki wojskowe, jestem przekonany, że nawet połowa tych pojazdów mogłaby nigdy nie dotrzeć na front. Takie ryzyko jest moim zdaniem bardzo duże” – podkreśla Exen. Mój rozmówca to człowiek twardo stąpający po ziemi – nie ma co do Ukraińców złudzeń. Nie ma ich jednak również, jeśli chodzi o sprecyzowanie polskiego interesu strategicznego, a więc niepodległej Ukrainy.

Mój rozmówca opowiada w końcu o rozwiązaniu, które uważa za szczególnie skuteczne. Chodzi o możliwość przekazywania samochodów konkretnym żołnierzom, a nie całym jednostkom wojskowym.

„Teraz jest też taka opcja, żeby przekazać je dla jednostki wojskowej, ale jest też druga opcja, że przekazujesz to auto poprzez jakąś fundację ukraińską dla konkretnego żołnierza. My już tylko dla konkretnego żołnierza przekazujemy nasze samochody”.

Exen wyjaśnia, że chodzi nie tylko o ewentualne nadużycia, ale również o sposób dysponowania pojazdem przez dowódców.

„Załóżmy, że poznajemy na froncie żołnierza, któremu chcemy przekazać samochód, bo wiemy, że naprawdę go potrzebuje. Jeśli jednak formalnie przekażemy pojazd jego jednostce wojskowej, wcale nie mamy pewności, że ten człowiek będzie mógł z niego korzystać. W każdej chwili może przyjść dowódca i powiedzieć, że samochód jest bardziej potrzebny na innym odcinku frontu, więc zostaje tam skierowany. I tyle. Ponieważ pojazd należy do jednostki, dowódca może nim dysponować według własnego uznania”.

Exen bardzo krytycznie ocenia też ukraińskich celników, z którymi miał do czynienia podczas swojej działalności. Podkreśla jednak, że jego własne konwoje nie doświadczały systematycznych problemów na granicy.

„Ja miałem już z nimi do czynienia dużo wcześniej. No nie z pogranicznikami, ale z celnikami ukraińskimi i uważam, że to jest mafia. Państwo w państwie, ale wiesz, dla nas nie robili nigdy żadnych problemów. Żadne wojsko tam nie ma nic do gadania, żadne generały. Będzie tak, jak postanowią i tyle”.

Wyjaśnia również, że samochody są szczególnym rodzajem pomocy, ponieważ pozostawiają po sobie ślad w systemach rejestracyjnych.

„Z samochodami przekazywanymi jako pomoc dla ukraińskiego wojska sprawa jest dość skomplikowana. Kiedy taki pojazd wjeżdża na Ukrainę, zostaje odnotowany w systemach jako pomoc wojskowa. Nie można go później po prostu sprzedać i użytkować jak zwykłego samochodu cywilnego. Pojawiają się problemy z jego rejestracją i ubezpieczeniem, ponieważ dokumentacja jasno wskazuje, w jakim celu trafił do kraju. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z innymi rodzajami pomocy, na przykład agregatami prądotwórczymi. Takiego sprzętu nie trzeba rejestrować ani ubezpieczać, a jego dalsze losy znacznie trudniej kontrolować. I właśnie tutaj, moim zdaniem, pojawia się ogromne pole do nadużyć”.

Sikorski pojechał trzy razy. A inni politycy?

Nasza rozmowa schodzi na udział polskich polityków w wyjazdach pomocowych. Pytam, czy Exen nie obawia się, że jego działalność może być wykorzystywana do budowania politycznego wizerunku. Okazuje się, że skala zainteresowania jest znacznie mniejsza, niż można byłoby przypuszczać. Exen wskazuje na Radosława Sikorskiego jako polityka, który rzeczywiście zdecydował się pojechać z nim na wschód Ukrainy.

„Radosław Sikorski sam odezwał się do mnie na platformie X z propozycją sfinansowania zakupu pick-upa dla ukraińskich żołnierzy. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że możemy pojechać na Ukrainę razem. Sikorski był wcześniej korespondentem wojennym w Afganistanie, więc takie wyjazdy nie były dla niego czymś zupełnie nowym. Ostatecznie pojechał ze mną trzy razy. Podczas trzeciej wyprawy dotarliśmy do Kramatorska, a później ruszyliśmy jeszcze dalej w kierunku frontu. To był już naprawdę konkretny wyjazd, znacznie bardziej wymagający niż zwykłe przekazanie samochodu na zapleczu”.

Pytam również, czy polskie państwo dostatecznie doceniło jego działalność. Exen otrzymał odznaczenie, ale nie nadaje temu szczególnego znaczenia.

„Szczerze mówiąc, nie przywiązuję do tego większej wagi. Oczywiście miło jest zostać docenionym za swoją działalność, ale nie robię tego dla odznaczeń czy wyróżnień. To, czy państwo polskie dostrzega moje zaangażowanie, nie ma większego wpływu na moje życie ani na moje podejście do pomagania Ukrainie”.

Nie boję się Rosji. Byłem w niej nawet w czasie wojny z Ukrainą

Pytam, czy Exen boi się Rosji. Nie tylko w kontekście zagrożenia militarnego, ale również możliwości osobistego odwetu za wieloletnią pomoc ukraińskim żołnierzom. Czasy są trudne – na Kremlu podjęto decyzję, że w krajach wspomagających Ukrainę ma lać się krew. W Polsce co chwilę płoną fabryki, podejmowane są również próby wysadzania linii kolejowych. To nie są żarty.

„Nie boję się Rosji w takim sensie, że mielibyśmy uważać na każde słowo czy działanie, żeby przypadkiem jej nie sprowokować. Nie podzielam przekonania, że skoro Rosja dysponuje niby jedną z największych armii świata, to powinniśmy się jej podporządkowywać, unikać krytyki i za wszelką cenę nie narażać się na jej gniew”.

Exen uważa, że wobec Rosji potrzebna jest stanowczość. Kiedy jednak pytam wprost, czy nie obawia się, że Rosjanie mogliby mu zaszkodzić, przyznaje, że wcześniej rozważał takie scenariusze.

„Takie przemyślenia to miałem dawno temu. Powiedzmy, że pogodziłem się z tym. Byłem nawet w Rosji, przecież dwa lata temu. W czasie operacji kurskiej” – Exen wybucha śmiechem, a ja mimowolnie się uśmiecham.

„Myślę, że operacja kurska mogła mieć w dużej mierze charakter polityczny i wizerunkowy. Już kiedy się rozpoczynała, byłem przekonany, że Rosjanie nie pogodzą się z utratą kontroli nad częścią własnego terytorium. Przecież to oni zaatakowali Ukrainę, a tu nagle ukraińskie wojska wkroczyły do Rosji i zajęły fragment jej terytorium. Od początku spodziewałem się, że Rosjanie zrobią wszystko, żeby ten obszar odzyskać, bez względu na koszty. Byli zdeterminowani do tego stopnia, że sprowadzili nawet żołnierzy z Korei Północnej. Dlatego nie wierzyłem, że Ukraińcom uda się utrzymać zajęte tereny na dłużej” – dodaje.

Exen nie zajmuje się wyłącznie pomocą Ukrainie. Prowadzi również działalność zawodową w Białymstoku.

„Od lutego tego roku prowadzę w Białymstoku firmę zajmującą się wulkanizacją. Staram się łączyć tę pracę z wyjazdami na Ukrainę, choć nie jeżdżę już tak często jak jeszcze rok temu. Teraz wyprawy organizuję nieco rzadziej, ale cały czas angażuję się w pomoc ukraińskim żołnierzom”.

Interesuje mnie również stosunek jego rodziny do wyjazdów. Okazuje się, że część bliskich miała okazję przekonać się osobiście, jak wygląda taka podróż.

„W piątym roku wojny moja rodzina zdążyła się już przyzwyczaić do tych wyjazdów. Na początku było to dla wszystkich coś dość niezwykłego, budziło pewnie więcej obaw. Z czasem jednak stało się częścią naszej codzienności. Zresztą kilka osób z mojej rodziny również pojechało ze mną na Ukrainę i mogło na własne oczy zobaczyć, jak takie wyprawy wyglądają. Przekonali się, że nie każdy wyjazd oznacza od razu dramatyczne sytuacje czy bezpośrednie zagrożenie życia. Oczywiście ryzyko zawsze istnieje. Wystarczy mieć pecha”.

„Nie trzeba Ukraińców lubić, żeby wiedzieć, że to nasz interes”

Wracamy do początku wojny i pytania, dlaczego Exen w ogóle zdecydował się pomagać Ukraińcom. Wspomina atmosferę pierwszych miesięcy rosyjskiej inwazji i własne poszukiwanie sposobu wsparcia sąsiadów.

„Na samym początku wojny od rana do wieczora śledziłem wiadomości z Ukrainy, sprawdzałem, co dzieje się na froncie, i zastanawiałem się, w jaki sposób sam mógłbym pomóc Ukraińcom. Wtedy sytuacja wydawała się jednoznaczna. Był kraj, który został napadnięty, i agresor, który tę wojnę rozpętał. Nie miałem żadnych wątpliwości, po czyjej stronie należy stanąć. Zresztą dla mnie to do dziś pozostaje oczywiste. Tyle że przez te wszystkie lata wokół wojny narosło mnóstwo sporów, pojawiły się różne opinie i narracje. Dzisiaj dyskusja o Ukrainie jest znacznie bardziej skomplikowana niż na początku rosyjskiej inwazji. Ale moje przekonanie co do tego, kto jest w tej wojnie agresorem, a kto ofiarą, się nie zmieniło”.

Pytam, jak ocenia obecne nastroje w Polsce. Exen nie uważa, że pomoc Ukrainie wymaga szczególnej sympatii wobec Ukraińców. Jego argumentacja jest przede wszystkim związana z polskim bezpieczeństwem.

„Nie trzeba Ukraińców uwielbiać ani nawet darzyć ich szczególną sympatią, żeby rozumieć sens ich walki i naszej pomocy. Oni bronią własnego kraju przed rosyjską agresją i to jest oczywiste. Ale jednocześnie, walcząc z Rosją, działają również w naszym, polskim interesie. Dlatego uważam, że wspieranie Ukrainy nie musi wynikać wyłącznie z sympatii czy solidarności. To także kwestia naszego bezpieczeństwa. Im dłużej Ukraińcy są w stanie powstrzymywać rosyjską armię na wschodzie i osłabiać jej potencjał militarny, tym lepiej dla Polski. Nie trzeba być wielkim entuzjastą Ukrainy, żeby dostrzegać tę zależność”.

Nie ukrywa jednak rozczarowania ukraińskimi władzami i sposobem, w jaki odnoszą się do Polski. Jednocześnie dostrzega, że krytyka Ukraińców stała się w polskiej debacie politycznej popularnym sposobem zdobywania poparcia.

„Dzisiaj na krytykowaniu Ukraińców można sporo politycznie ugrać. Nie chodzi nawet o to, że w Polsce istnieją jakieś wielkie środowiska, które otwarcie deklarują sympatię do Rosji i chciałyby z nią współpracować. To raczej niechęć do Ukraińców stała się popularnym hasłem, na którym niektórzy próbują budować swoje poparcie. Widać, że takie wypowiedzi znajdują odbiorców, więc coraz więcej osób podchwytuje ten temat. Trzeba jednak przyznać, że sami Ukraińcy też nie pozostają bez winy. Niektórymi swoimi działaniami i wypowiedziami dostarczają powodów do krytyki i przyczyniają się do tego, że niechęć wobec nich narasta”.

Jego ocena postawy Wołodymyra Zełenskiego jest krytyczna i częściowo wynika z własnego zaangażowania w pomoc.

„Jeśli już ktoś powinien mieć do kogoś pretensje, to raczej ja do Zełenskiego. W końcu od lat angażuję się w pomoc Ukrainie, poświęcam na to swój czas i energię, a mimo to nie widzę z jego strony szczególnej wdzięczności wobec Polski. Mam wręcz wrażenie, że podejście ukraińskich władz jest takie: dobrze, pomogliście nam, przekazaliście, co mieliście, ale teraz nie jesteście nam już tak potrzebni, bo możemy dogadywać się z Niemcami. I właśnie takie podejście budzi mój sprzeciw”.

Wieloletnie doświadczenie pomagania Ukrainie nie sprawiło, że Exen zaczął idealizować jej państwo, polityków czy instytucje. Przeciwnie, mówi o korupcji, własnych rozczarowaniach i problemach, z którymi stykał się podczas przekazywania pomocy. Jednocześnie nadal jeździ na wschód, ponieważ uważa, że ukraińscy żołnierze prowadzą walkę ważną również dla polskiego bezpieczeństwa.

Kończymy rozmowę jego krótką, charakterystyczną puentą:

„Trochę wdzięczności dla Polski by się jednak przydało”.